Kącik Komiksiarza #39 - 02.02.2010

Parallax powraca! Uga-buga! Dramatyczna muzyka! Werble! Cliffhanger! Yeah! <Pada wyczerpany i cieszy się jak głupi do sera>  

Przynajmniej tak wyobrażam sobie Geoffa Johnsa przy pracy nad pięćdziesiątym numerem Green Lanterna. Ale nie będę się tu zżymał dziś nad Blackest Night jako takim, ani nad samym Johnsem, tylko nad tym nieszczęsnym słowem „cliffhanger” i sprawami które się z nim wiążą. Jeśli ktoś nie wie o co chodzi, to pozwolę sobie wyręczyć Was w googlowaniu i sam zacytuję Profesora Wikipedię. „Cliffhanger (ang. "zawieszenie na krawędzi klifu") - zabieg stosowany w filmach(zwłaszcza w serialach) i powieściach, polegający na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, w której główni bohaterowie znajdują się w trudnej sytuacji, nawet zagrożenia życia.”

Jak wszyscy dobrze wiemy zabieg ten jest stosowany również w komiksach. Może nawet przede wszystkim w komikach. Natura komiksów jest taka (tych o których mowa na tej stronie i jej podobnych) że poza okazjonalnymi graphic novel czy one-shotami mamy tu do czynienia z seriami ukazujących się co miesiąc (przynajmniej w założeniu, o tym za moment) zeszytów. I właściwie co zeszyt, to cliffhanger. Żeby czytelnik w napięciu czekał na ciąg dalszy, czyli za miesiąc kupił kolejny numer. Nic w tym złego kiedy historia daje się sensownie podzielić na takie rozdziały. Ale niestety nie zawsze tak jest…

Od Blackest Night zaczęliśmy, do niego teraz wróćmy bo będzie nam tu służyć za przykład. Z całą pewnością nie tylko ja odnoszę wrażenie, że najważniejszy event DC znacząco obniża loty, niemal z numeru na numer (mowa tu i o głównej mini-serii i o Green Lantern). Najczarniejsza Noc trwa i trwa, fabuła od pewnego momentu zdaje się stać w gruncie rzeczy w miejscu, ale za to koniec każdego kolejnego numery znaczy następny punkt kulminacyjny widowiskowo rozrysowany na całą stronę, albo nawet dwie. Nie są to zwykłe „koniec numeru, ciąg dalszy nastąpi” momenty. O nie. To są „Nekron przybywa! Parallax wraca! Wszyscy zostają latarnikami! Superman Die!” momenty. Z przykrością muszę stwierdzić, że po złożeniu do kupy tego co dotąd otrzymaliśmy wygląda to tak, jakby całą strukturę BN napędzało wyłącznie dostarczanie kolejnych cliffhangerów. Spójrzcie sobie, jak ta historia wygląda poskładana w całość, a nie czytana jako pojedyncze zeszyty. Trochę dziwnie, prawda? Infinite Crisis jakoś zebrany w jedną całość nie prezentuje tej dziwacznej skokowej dynamiki „kilkadziesiąt stron, duże bum, kilkadziesiąt stron, duże bum…” Tworzy spójną płynną narrację. Oczywiście, to również była comiesięczna mini-seria. Ale seria przemyślana. Czy BN zasługuje na takie określenie- zaczynam wątpić. Może gdyby Johns napisał BN jako całość, a nie powieść w odcinkach to wszystko wyglądałoby jak należy, tak jak obiecywaliśmy to sobie na początku? Mnie przynajmniej wydaje się to bardzo możliwe. Dziwne, niepotrzebne cliffhangery znajdziemy oczywiście w wielu historiach, Blackest Night przywołuję tu po postu jako przykład świeży i  bardzo wyraźny. Ale wystarczy przypomnieć sobie niczemu z punktu widzenia historii jako całości nie służącą scenę z dziwacznym kostiumem Two-Face’a w Batman #690, żeby zobaczyć że to zjawisko nie ograniczone do BN czy w ogóle eventów.
Z resztą uparte trwanie przy wydawaniu komiksów jako zeszytowych serii prowadzić też może do innych niezbyt radosnych konsekwencji. Spójrzmy na takie „Flash: Rebirth”. Kolejne numery serii w pewnym momencie stały się niemal tym czym Duke Nukem Forever dla gier komputerowych, kolejne opóźnienia uczyniły z serii o Najszybszym Człowieku Świata farsę. Nie wiem, może to ja jestem dziwny, ale gdybym wiedział że w przerwach między kolejnymi numerami zdążę niemal zapomnieć co się dokładnie wydarzyło ostatnio, to podarowałbym sobie czytanie serii w tej nieznośnej formie.

Kiedy przeczytałem pierwszy raz o nadchodzących w tym roku komiksach spod znaku Earth-One, to wiecie co mnie najbardziej ucieszyło? Nie potencjalnie dobra okazja na rozruszanie na nowe Supermana i Batmana. Nie nazwiska autorów. Najbardziej ucieszyło mnie, że to wszystko dostanę w formie graphic novel, a nie kolejnych mini-serii, maxi-serii, czy innych nie wiadomo co-serii. Prawda jest taka, że czasem dziwię się że komukolwiek chce się kupować kolejne zeszyty, zamiast zaczekać na wydanie zbiorcze- w moim przekonaniu dopiero w tej formie naprawdę widać z jaką historią mamy do czynienia. Wszystko zostanie przeczytane i uczciwie ocenione jako całość, którą przecież ma tworzyć.

Oczywiście, że wiele wybitnych, nawet najwybitniejszych komiksów pierwotnie ukazało się w formie zeszytowych serii. Ale kiedy czytacie Strażników albo New Frontier, to tego nie widać prawda? Czyta się po prostu jedną, spójną całość. Strażnicy ukazali się jako dwunastoczęściowa seria bo mają dwanaście rozdziałów. Nie na odwrót. Bo wszystko jest w porządku póki to forma służy treści. Pozwólmy żeby było odwrotnie i… no cóż, podziwiajmy badziewny powrót Parallaxa.

Autor: Breja



Najnowsze na Forum:

Login: Hasło:
Odp: Ankieta do licencjatu wysłane przez Diablo Dzisiaj o 22:53:48
Odp: Film Dokumentalny o DC wysłane przez Krypto Dzisiaj o 22:50:36
Odp: [K] Rise and Fall wysłane przez LukeSpidey Dzisiaj o 22:49:08
Odp: Film Dokumentalny o DC wysłane przez Diablo Dzisiaj o 22:45:49
Odp: Polskie i po polsku wysłane przez Diablo Dzisiaj o 22:36:57
Odp: Pytania o serie DC wysłane przez kelen Dzisiaj o 21:57:26
Odp: Pytania o filmy z bohaterami DC wysłane przez Diablo Dzisiaj o 21:06:33
Odp: znaffcy wysłane przez Damex Dzisiaj o 20:30:40

Wszystkie materiały graficzne na stronie należą do DC Comics oraz Warner Bros i pełnią rolę informacyjną. Kopiowanie materiałów zawartych na stronie bez zgody autorów - zabronione!
Copyright DC Multiverse 2007-2010 / Projekt by Artur "Articles" Skowroński